Kalendarz Klubowy

No events
Autostopem do Ospu

                Pan Magister, Pani Magister… jak cudownie to brzmi. Ta perspektywa firm bijących się o nasz CV, zarabianych milionów...

 

                Ale za nim to wszystko nadejdzie, postanowiliśmy wspólnie z Tiną w ramach świętowania wybrać się gdzieś przed siebie na wspin.

Jako że milionów jeszcze nie zarabiamy, firmy się o nas nie biją, a znajomi marudzili, że początek roku akademickiego i obowiązki wzywają,

więc postanawiamy wyruszyć autostopem. Transport zaplanowany, ale, w jakim kierunku jedziemy?

Wybór pada na Słowenię (bo blisko, bo możemy, bo tam nie byliśmy, bo ewentualnie ruszymy gdzieś dalej).

Plecaki spakowane, topo wydrukowane, ruszamy. Kiedy? Jutro!

 

Stop1

Ostatnie poprawki w planach. fot. Tina

 

                Pełni pozytywnej energii startujemy z węzła opatkowickiego w Krakowie, gdzie po 30 minutach zabiera nas pierwszy samochód.

Na drodze do Cieszyna będziemy przesiadać się jeszcze kilka razy.

Zabierze nas m.in. Pan doktor przedstawiający się, jako szalony PiS-ior; facet, którego kiedyś porzucił autobus w Austrii i na stopa go dogonił;

tata Tiny przejeżdżający akurat przez Bielsko, wystawiający nas na wylotówkę martwiąc się, że nawet z Polski nie wyjedziemy;

bus do Cieszyna z Bielska (tak, tak trochę oszukane, ale czas ucieka); bmw z typowymi dla tego samochodu osobnikami.

I tak stajemy na stacji benzynowej przed granicą. Szybki wywiad u kierowców tirów- niestety wszyscy twierdzą, że w tirze mogą mieć tylko jednego pasażera.

Czas ucieka, pojawia się lekki stresik, że plan minimum nie wypali (czyli wyjazd, chociaż za granicę naszego kraju).

Nagle pojawia się Wybawca, który proponuje podwózkę, jeżeli zmieścimy plecaki w zapchanym bagażniku. Oczywiście, że się zmieściły.

 

Stop2

Błędy się zdarzały :). fot. Tina

 

                Wybawca okazuje się być polskim emigrantem, który już od długiego czasu zamieszkuje okolice Wiednia.

Podróż urozmaicona austriacka muzyką (nie, nie Mozartem, tylko wylewnymi balladami) mija w miarę szybko,

mimo, że kierowca niestety nie lubi jeździć z włączonym ogrzewaniem. Wybawca okazuje się bardzo troskliwy o nasz los w Wiedniu i nie chce zostawić nas na "Tankstelle".

O godzinie 22 lądujemy w centrum, pod Jugendgästehaus.

 

Stop3

Tam i z powrotem. fot. Google Earth

 

                Hostel jak na warunki w Wiedniu prawdopodobnie jest tani, ale mimo wszystko nie dla nas (21 euro).

Po zdobyciu darmowej mapy Wiednia, rezygnujemy z noclegu w hostelu. Park również nie zachęca, ze względu na dużą aktywność "Kebabów".

Uciekamy na pobliską stację metra Handelskai. W ciepłej poczekalni nie śpiesząc się ogarniamy lepsze miejsce na spędzenie nocy i studiujemy dużą mapę Wiednia.

I tak podczas którejś z kolei sesji uduchowiania się; mieliśmy już przenieść sie na wyższy poziom świadomości; pojawia się kolejny Wybawiciel, Philip.

Philip okazuje się austriackim, pracującym studentem, który wraca z imprezy. Proponuje, że pokaże nam jak się przedostać na drugą stronę miasta,

aby dostać się do kolejnego celu naszej podróży. W trakcie rozmowy między Tiną a Philipem wywiązuję się "romans";

połączyła ich tajemna książka związana z biotechnologią, którą Philip zakupił, a dla Tiny jest jej Biblią na studiach (Biochemia Stryera- Tina J);

jako że nie mam pojęcia o tych biotechnologicznych tematach nie wdawałem się w dyskusję.

Moja taktyka popłaciła, bo po chwili podróży autobusem Philip zaprasza nas do siebie. Ostrzega jednak, że jest to typowe studenckie mieszkanie, może być ciasno.

Było zimno- lepiej być obrabowanym w ciepłym mieszkaniu, niż na dworcu.

 

Stop4

Zwiedzanie Wiednia. fot. Google Earth

 

                Mieszkanie okazuje się "typowo" studenckie; w Polsce studenci takich warunków szybko nie będą mieć;

największym luksusem okazał się imponujący taras znajdujący się na dachu. Mieliśmy zaszczyt podziwiania nocnej panoramy Wiednia,

wraz z nowo powstałym najwyższym budynkiem w mieście. Następnego dnia po wymianie kontaktów na facebooku docieramy pod stadion Austrii Wiedeń

i przenosimy się w pobliże zjazdu na autostradę. Miejscówka okazuje się kiepska

(reakcja wiedeńczyków na nasz niewinny karton- od zdziwienia, przez uśmiechy, po pukanie się w czoło i środkowe palce) w związku,

z czym postanawiamy się przenieść w inne miejsce. Korzystając z metra przenosimy się z Dunaumarina, po przez Volkstheater

i Westbahnhof docieramy do położonej w południowej części miasta stacji Am Schöpfwerk.

(Ciekawostka dla osób podróżujących ruchomymi schodami po Wiedniu, przy prawej stronie stoimy, przy lewej idziemy).

Przy Am Schöpfwerk szybko odnajdujemy wyjazd na Autobahna, i zabieramy się do drugiego śniadania.

Długo się nim nie cieszymu, zostaje ono przerwane przez dwie osoby oferujące nam transport, ale w drugą stronę.

Mobilizuje nas to do wystawienia kartonu z naszym następnym celem, którym jest Graz. Szybko udaje nam się złapać stopa w dobrym kierunku.

Warunki w miarę dobre- ja podróżuję w luksusach, mam tylko stary akumulator i laptopa między nogami,

Tina natomiast siedzi wciśnięta miedzy dwa foteliki na stercie pustych plastikowych butelek i innych śmieci. Kierowca jest byłym autostopowiczem,

który mimo niewielkiej odległości bardzo chciał nam pomóc i podrzuca nas na stację w okolicach Baden.

Bez problemu przedostajemy się kolejnym stopem na stację w okolicach Grazu. Tutaj zaczyna się pod górkę.

 

Stop5

Przeklęta stacja. fot. Młody

 

                Na stacji spotykamy pierwszego na naszej trasie konkurencyjnego autostopowicza. Okazuje się nim podróżujący do Portugalii Słowak,

który demotywuje nas tym, że spóźniliśmy się 10 minut, ponieważ podwoził go kierowca jadący do Ljubljany. Stacja nie jest popularna

(z nudów liczyliśmy- w ciągu 4 godzin w naszą stronę przejechało około 50 samochodów, a przekazane markerem wiadomości od poprzedników łapiących tu stopa nie są optymistyczne).

Nasz Kolega Słowak, który autostopem był nawet w Iranie nie traci wiary i chwilę później odjeżdża w kierunku Udine, na pocieszenie mówi, że najdłużej stopa łapał 11 godzin.

Samochodów z każdą godziną coraz mniej- rozbijamy namiot. Następnego dnia zabiera nas trzecie auto jadące w naszą stronę.

Opuszczamy, więc przeklętą stację o 10 rano. Spędziliśmy tam marne 20 godzin... Kierowca okazuje się być jechowym, ale na szczęście słabo mówiącym po angielsku, więc dostajemy tylko ulotkę :)

(Chyba jesteśmy jedynymi, którzy "zapukali" do drzwi jechowego). Jedzie do Ljubljany, co jest nam po drodze, bo planowaliśmy jechać do Celje i zwiedzić pobliski Kotecnik.

W miarę zbliżania sie do naszego celu, w okolicy pojawia się coraz więcej chmur niezapowiadających nic dobrego...

 

Stop6

Zachód słońca w Crnim Kalu. fot Młody

 

                Szybkie sprawdzenie pogody, krótka rozmowa z kierowcą i jedziemy jednak do Ljubljany. Po długich poszukiwaniach sklepu i jakiejś dobrej miejscówki,

uznajemy, że najlepszym miejscem będzie zrobienie pikniku wzdłuż zakorkowanej wylotówki. Ledwo siadamy i już podjeżdża białe X5 młodego farmaceuty.

Jego celem jest Sezana, jednak szybko oferuje nam, że podrzuci nas do Koziny skąd łatwiej dostaniemy się w okolice Ospu.

W Kozinie raczymy się izotonikiem w postaci Lasko i wykorzystujemy jadący w naszą stronę autobus. Kierowca po usłyszeniu gdzie chcemy jechać szybko zadaje magiczne pytanie "have you got cash?".

Szybko, luksusowo i za małe pieniądze docieramy do Crni Kalu, gdzie już po zmroku szukamy miejscówki gdzie można by się w miarę sensownie rozbić.

 

Stop7

Kolacja na bogato. fot. Tina

 

                Następny dzień to szybkie sprawdzenie, po czym przyjdzie nam się wspinać i od razu zaskoczenie, wycena jest solidna.

Nasze plany, co do zrobienia życiówek idą szybko w zapomnienie, a my zabieramy się za wspinanie po drogach nieprzekraczających pięć ce.

Następny dzień to już walka na 6a, które porównywaliśmy do polskich VI.2. Cyfrą się nie przejmujemy- ważne, że wspinamy się gdzieś w nowym rejonie.

Kolejny dzień to konieczność uzupełnienia zapasów, więc postanawiamy udać się na wycieczkę w poszukiwaniu sklepu i prądu. Przy okazji przyglądamy się Misi,

odwiedzamy sektory w Ospie i dopytujemy się o najbliższy sklep w okolicy. Niestety wieści nie są przyjazne i musimy udać się aż do Triestu (20km).

Po włoskiej stronie kolejna niemiła niespodzianka, autobus jeździ tylko dwa razy dziennie. Swoją drogą ciekawe jest to,

że aktualny rozkład dla tej linii jest z 1999 roku, w Krakowie by to nie przeszło :).

 

Stop8

 Pomeranca 6a, Crni Kal. fot. Tina

 

                Znowu przystępujemy do znanego z Wiednia sposobu, czyli uduchowienia się przy rozkładzie. Długie minuty mijają zanim rozkład staje się,

chociaż trochę dla nas zrozumiały. A jesteśmy uważnie obserwowani. Tym razem jest to mieszkaniec znajdującego się po sąsiedniej stronie domu,

niemówiący po angielsku Włoch, tylko krzyczący w swoim języku i wymachujący rękami. Jakimś cudem dowiadujemy się, że sklep jest 4 km dalej, więc dziękujemy i ruszamy przed siebie.

Po 5 minutach spaceru okazuje się, że nasz krzykacz poszedł do garażu po auto i podrzuci nas do sklepu. (Przemek dostaje od Pana Makaron po łapach, kiedy chciał zapiąć pasy ;) ).

Po szybkich zakupach w nowym centrum handlowym i po "pożyczeniu" prądu pora na długi powrót do domu (w tą stronę było pod górkę).

Niestety przez następne dni pogoda się załamuje i codziennie mamy podobny schemat- rano mocny deszcz, po południu szukanie suchego kawałka skały i trochę wspinu.

Dzięki temu udaje nam się wypatrzyć ciekawą drogę za 6c, a mianowicie Gullivera. Droga startuje małą grotką, po czym wchodzi w przewieszone pęknięcie kończące się kawałkiem płyty,

nad którą następuje Rest, później już tylko przewinięcie przez filarek i wejście po klamach do topu.

 

Stop9

Próby na Gulliverze, Crni Kal. fot. Młody

 

Stop10

 Warto na wspinanie zabrać ze sobą biologa J fot. Tina

 

                W między czasie robimy sobie wycieczkę do Misi, gdzie zaprzyjaźniamy się z kaloryferami na prostszych drogach oraz mocno narzekamy na ich wyślizganie.

Niestety, pewnego dnia podczas wieszania wędki na Gulliverze zaniepokoiło nas pojawienie się powyżej skał samochodu policyjnego. Nie chcąc mieć problemów uznajemy,

że następnego dnia ewakuujemy się ze Słowenii (tak, tak, to wyjazd niskobudżetowy) i odwiedzimy znajdującą się w okolicy Triestu Napoleonice.

Na odchodne spotykamy Słoweńskiego gospodarza, który częstuje nas wyśmienitymi winogronami. Niestety nie udaje nam się trafić na ostatni autobus w stronę Triestu,

więc znowu robimy sobie wycieczkę.

 

Stop11

Pożegnanie z Ospem. fot. Tina

 

                Dotarcie na kemping zajmuje nam cały dzień, duża w tym wina braku jakiejkolwiek mapy miasta lub chociażby planu komunikacji.

Po skorzystaniu z uroków cywilizacji postanawiamy sprawdzić jak wygląda nocne życie Triestu i tutaj niespodzianka, nie chodzi się tam na imprezę do klubu schowanego gdzieś w piwnicach kamienicy.

To klub wychodzi na zewnątrz. Przed każdym lokalem pojawia się, więc duży bar wraz z dj-ką, a impreza rozkręca się dookoła. Następny dzień to wizyta, w Napoleonice,

która nie robi na nas wielkiego wrażenia, wycena już może nie taka mocna, ale ruchy dość parametryczne.

 

Stop12

 Wieczorne wspinanie w Napoleonice. fot. Tina

 

                Po naradzie (znowu przy winie) postanawiamy w najbliższym możliwym momencie wybrać się do Ospu. Cywilizacja nas trochę rozleniwiła,

ochota na wspin jakoś chwilowo uciekła, wino zaczęło (jeszcze) lepiej smakować, a Adriatyk zaczął coraz bardziej kusić. Decyzja- najbliższe dwa dni totalny Rest,

w tym szybki wypad do Wenecji. Korzystamy również z odbywających się w okolicy imprez związanych z rozgrywanymi regatami.

 

Stop13

 Włoski rest. fot. Młody

 

                Po szybkim wypadzie do Misi, zapada trudna decyzja o powrocie do Polski i do czekających na nas milionów. Około 11 meldujemy się na wylotówce z Opiciny w stronę Sezany.

Ledwo zaczęliśmy opisywać kartony z celem naszej podróży, a już zatrzymuje się para zmierzająca w stronę Słowenii. Podrzucają nas na przejście graniczne.

Niestety miejscówka nie cieszy się popularnością, jednak ze względu na dużą ilość zaobserwowanych tirów na polskich blachach szybko decydujemy się upgredować nasz karton-

teraz z dumnie brzmiącą nazwą Polska oraz biało-czerwoną flagą.  Zabieg sie opłacił, szybko zatrzymuje sie dostawczak, a polski kolega jedzie w okolice Wrocławia i chętnie nas zabierze ze sobą.

Jedziemy przez Węgry, bo mamy "lekki" nadbagaż, a w drodze towarzyszy nam ciągłe pytanie przez cb radio, czy misiaczki stoją.

 

Stop14

Dobry rest nie jest zły:). fot. Młody

 

                Wyskakujemy pod Bratysławą i stąd szukamy transportu w stronę małopolski. Na stacji spotykamy parę Węgrów, po trudnych bojach językowych dowiadujemy się,

że czekają już 7 godzin i nic nie mogą złapać. My się nie poddajemy- poprzedni kierowca sprzedał nam cynk, że jest to dość popularna stacja wśród polskich przewoźników z nadbagażem:).

Pierwszy polski tir, który się zatrzymuje od razu nas zabiera. Co najdziwniejsze jest to jeden z wielu podobnych do siebie tirów, które próbowaliśmy zatrzymać w przeciwną stronę,

a wtedy podobno był jakiś problem z zabraniem pasażerów- czyżby nagła zmiana przepisów? :). Łóżko za siedzeniami okazuje się bardzo wygodne, a kierowca przemiłym facetem,

który się nie spieszy i bez problemu nadkłada dla nas trochę drogi. Mała zasługa w tym tego, że wypowiedzenie leży już na biurku jego szefa.

O drugiej w nocy lądujemy w okolicach Czechowic-Dziedzic na krajowej jedynce. Tutaj postanawiamy zakończyć nasz wyjazd, szybki telefon do mamy Tiny i poza noclegiem załapujemy się jeszcze na kolację :)

 

Stop15

 Kamnolum 6a+, Misia Pec. fot. Tina

 

                Podczas wyjazdu miała paść syta cyfra, niestety Słoweńcy mocno zweryfikowali nasze możliwości. (A może to niewielka liczba załojonych wcześniej dróg w przewieszeniu?)

Teraz zostało tylko doładować przez zimę i wrócić do Ospu. Cyfra może nieimponująca, ale jakaś jest.

 

Z ciekawszych dróg Tinie udało się zrobić:

  • Kamnolum 6a+ Rp, Misia Pec
  • Krjavelj 6b Os, Misia Pec

 

Ja też się zbytnio nie postarałem:

  • Pomeranca 6a Rp, Crni Kal
  • Kamnolum 6a+ Rp, Misia Pec
  • Gulliver 6c Rp, Crni Kal
  • Il vassoio fantasma 6a+ Os, Napoleonica

 

Na koniec jeszcze garść ciekawostek:

  • Droga do Słowenii zajęła nam około 56 godzin, pokonaliśmy około 930 km, korzystając z 9 stopów, 2 autobusów i 4 pociągów metra.
  • Droga do Polski zajęła nam 15 godzin, pokonaliśmy około 860 km skorzystaliśmy tylko z 3 stopów.
  • Najwięcej jednym stopem pokonaliśmy 530 km, a najmniej 2km.
  • Najdłużej czekaliśmy 20 godzin, a najmniej około 5 minut.
  • Nie udało nam się rozszyfrować rozkładów jazdy komunikacji miejskiej w Trieście, pomimo korzystania głównie z jednej linii autobusowej nie udało nam się przejechać nią dwa razy po tej samej trasie.
  • W Wiedniu kasownik w komunikacji miejskiej jedynie kasuje bilety, w przeciwieństwie do krakowskich nie sprawdzimy na nim pogody, nie posłuchamy muzyki ani nie zrobi nam on kawy...
    Dziwne, takie miasto, a ma najzwyklejsze kasowniki.

 

O odwiedzony przez nas rejonach można przeczytać tutaj:

W trakcie wyjazdu wspierali nas:

 

Stop16Stop17Stop18

Wielkie dzięki również dla wszystkich, którzy nas podrzucili, przenocowali i pomogli.

Justyna "Tina" Barut

Przemek "Młody" Kurczych

Read more
Miej realną świadomość bycia tu i teraz (czyli o zarządzaniu ryzykiem w górach)

W ostatni środowy wieczór grudniowy (11.12.13 r.) zebrani w piwnicy KW Kraków mieli okazję wysłuchać wykładu Piotra Sztaby – instruktora taternictwa PZA i instruktora wspinaczki wysokogórskiej – pt. „Czy góry mogą być bezpieczne, czyli o zarządzaniu ryzykiem w środowisku wysokogórskim". czytaj więcej

 

Read more
Chamonix 2013 - klasyki Valee Blanche

Pomysł zrodził się na marginesie artykułów Maćka Ciesielskiego - Alpy dla każdego. Zatęskniliśmy trochę za śniegiem i zimnem, poczuliśmy silną potrzebę odkurzenia dziab i od słowa do słowa stanęło na Valee Blanche.

 

Tym razem udało się dosyć solidnie przygotować logistykę przedwyjazdową. Przewodnik Damilano uzmysłowił, jaki ogrom dróg oferuje masyw Mont Blanc, pobieżna lektura i poszukiwanie zdjęć w sieci wystarczyła by podnieść ciśnienie i motywację. Czasu będziemy mieli niewiele - zaledwie 4-5 dni na górze. W sam raz, aby złapać aklimatyzację i rozejrzeć się po okolicy. Jednak do rzeczy - plecak spakowany, razem z torbą na żarcie wyszło jakieś 30 kg. O 6.50 startuję autobusem z Krakowa, wpadam na śniadanie (dzięki Groszku za parówki!) do chłopaków we Wrocławiu i o 12 zajeżdża Octavia kolegów z Ostrowa. Bagażnik, o dziwo, łyka cały majdan bez problemu. Ściśnięci we trzech na tylnej kanapie (ale za to taniej!) ruszamy na west.

 msemow cham 1

W środku nocy docieramy do doliny. Tuż przed Chamonix zalegamy na parkingu, żeby złapać trochę snu i wystartować następnego dnia prosto do góry. Rano zostaje przepakować się, wskoczyć w spodnie membranowe i nowe Nepale i dostać się do kolejki na Aiguille du Midi. Bilet RT - równe 50 eur. Zniżek dla nas nie ma. Pakujemy się do gondoli i z poczuciem dobrze zainwestowanych pieniędzy oglądamy uciekające pod nogami metry przewyższenia. Na górnej stacji spędzamy co nieco czasu, rozglądając się po okolicy: Japończycy, Japończycy, Niemcy, Francuzi, Japończycy. Spotkany kolega z Wrocławia ostrzega przed żandarmerią grasującą po "polu namiotowym" - dobrze wiedzieć. Jako, że zaczyna się chmurzyć, zarzucamy wory na plecy, szpeimy się i przez tunel lodowy, wąską ścieżkę zejściową lądujemy na lodowcu.

Szybko urządzamy się w wolnej miejscówce na namiot. Okolica całkiem przyjemna: lodowiec płaski, bez szczelin. Dookoła imponujące ściany i igły. Cóż, trzeba poczuć się jak w domu. Tymczasem mamy godzinę zaledwie 14.00, a nam nie pozostało nic innego jak zalec w namiocie. W samą porę, koło 16.00 zaczyna padać śnieg z deszczem. Tak już będzie codziennie.

Niewyspanie po podróży pozwala zdrzemnąć się, otwieram oczy o 22.00 i widzę czyste niebo. Nie jest zimno, tuż poniżej zera, ale śnieg już zaczyna betonować. Głowa boli, trzeba łyknąć pigułę. Do tego solidna kolacja, butelka wody na rano do śpiwora a budzik na 2.30. Będzie ładny dzień! 

msemow cham 2

Ogarnianie rano idzie dość opornie. Wypadliśmy z wprawy po grudniowych Tatrach. Uysy nie chce wyjść ze śpiwora, a tu jeszcze trzeba namiot położyć - żeby potencjalny żandarm nie czepiał się. W końcu koło 4.30 startujemy w stronę Pointe Lachenal, gdzie planujemy przespacerować polecaną graniówkę (trawers Pointe Lachenal, II AD 4a). Jeszcze przy świetle czołówek rozwiązujemy się tuż za szczeliną brzeżną i podchodzimy krótkim acz stromym stokiem na grań. Teraz widzimy wschodnią ścianę Tacula w pełnej krasie - choć jeszcze nieco ciemno. W oczy rzuca się przede wszystkim potężny kuluar Jagera z serakami straszącymi w zwieńczeniu.

Idziemy kawałek prostą śnieżną granią, później mamy pierwszy odcinek mikstowy bez istotnych trudności (0-I) i zjazd. Kawałek trawersu na siodełko i już jesteśmy pod kluczową ścianką. Wychodzi słońce. 

msemow cham 3

Całe trudności tej hmm... drogi? wycieczki? sprowadzają się do jednego skalnego wyciągu za ok. 4a. Mimo ostrzeżeń przewodnika o kruchości komina w razie braku śniegu i lodu, ściągam raki i pakuję się pełen entuzjazmu w czerwony granit. Wyciąg oferuje 40 metrów fajnego wspinania, ciężkie buty nie przeszkadzają. Nie jestem pewien, czy uczęszczany wariant pokonania ścianki jest tożsamy z tym, który opisuje Maciek Ciesielski, ale skoro inni tak chodzą... jest fajnie.

 

Komin kończę już bez rękawiczek, w komfortowej temperaturze. Na górze wygrzewamy się w pierwszych promieniach słońca. Już bardziej pewni siebie spoglądamy w stronę Aiguille du Midi, jednak dziś jeszcze poprzestaniemy na małej grani Cosmiques. Szybko przelatujemy płaski lodowiec i wbijamy się w fajne, strome stoki śnieżne prowadzące na grań. 

msemow cham 4

Grań prowadzi sama, oferując przyjemne, łatwe mikstowe wspinanie - Uysy to nazywa scramblingiem. Nie wiążemy się. Trzeba przyzwyczajać się do lufy, koncentrować na ruchach zamiast ufać złudnej asekuracji z byle-czego. Pogoda tymczasem jest piękna i wycieczka sprawia ogromną przyjemność, szczególnie biorąc pod uwagę otaczające widoki. Nie spieszy nam się specjalnie - schronisko Cosmiques jest o rzut beretem a godzina wczesna.

W moim odczuciu, kluczową trudność sprawiła połoga płytka, po której należało zejść trawersem. Można łatwo przyazerować zaczepiając pętlę na zębie, jednak dla osób średnio-wyższych nie będzie sprawiało problemu sięgnięcie do świetnej rysy przycinającej diagonalnie płytę. Po niej, na łapach, przeskoczymy na następne stopnie.

 

Przeskakujemy przez barierkę tarasu schroniska i odpoczywamy od słońca i wysokości na ławach szatni. Przy okazji obserwujemy dowóz i odbiór towaru ze schroniska helikopterem. Działalność zakończyliśmy o godzinie 9.00 - co tu dalej robić? Piwo drogie jak cholera: 0,33 l kosztuje 4,5 eur, to nie jest rozwiązanie. Przed południem ewakuujemy się na dół, stawiamy namiot i przystępujemy do czynności obozowych.
Popołudnie schodzi na prostych czynnościach: topieniu wody, gotowaniu żarcia, suszeniu śpiworów, topieniu wody, spaniu, budowaniu kibla, topieniu wody... itd. Namiot przykryty śpiworami zapewnia świetną osłonę od palącego słońca, kindle i mp3 pozwalają przepływać godzinom niepostrzeżenie. Koło 16.00, tak jak wczoraj, chmury gęstnieją i zaczyna sypać śnieg z deszczem. Trzeba pochować cały majdan i zalec w śpiworach, momentalnie wraz z chowającym się słońcem spada temperatura.

 

Trzeba przyznać - kibel wybudowaliśmy sobie zacny. Odkryta przestrzeń na lodowcu czyni takie urządzenie koniecznym. Popołudnia warto spożytkować na poczynienie udogodnień dookoła namiotu: osłoniętej kuchni, siedzisk czy schowków na szpej. Wraz z nadchodzącym zmrokiem spada temperatura, wyganiając całe obozowisko do namiotów, ale i niebo przejaśnia się. Ufni w stały rytm pogodowy ustawiamy budzik na 3.00 i planujemy wbić się w "dużą" grań Cosmiques (Arête des Cosmiques, II AD, 4b).

 

Aby uniknąć legendarnych korków na tej klasycznej drodze, weszliśmy w nią dość wcześnie, jeszcze przed 5.00. Początkowy odcinek biegnie śniegiem i mikstem, więc niska temperatura o poranku nie stanowi problemu. Jesteśmy sami, jest pięknie. 

msemow cham 5

Dochodzimy wreszcie do pierwszego stanowiska zjazdowego. Zgodnie z topo z summitposta, należy tu wykonać "60-metrowy zjazd w dwóch wyciągach". Cóż, linę mamy 60'kę więc cisnę w dół, szukając po drodze stanowiska: nie ma. Ale są ślady gdzieś dalej, po trawersie. Wypinam się, kręcę po półkach, każę chłopakom zjeżdżać aby nie tracić czasu. Jest jakieś marne stanowisko z taśm i kilkumetrowy zjazd - schodzić tędy nerwowo. Próbuję jednak to obejść dołem, przy pomocy autoasekuracji z taśmy 240 cm udaje mi się zewspinać dosyć trudny próg, ale Groszka i Uysego wysyłam jednak na ten krótki zjazd - tak będzie bezpieczniej. Tymczasem dogania nas pierwszy przewodnik z klientem.

msemow cham 6

 

Później jeszcze łatwy, trójkowy próg z dziurkami na zęby raków. Na górze są dwa haki, więc niewiele myśląc zrzucam linę chłopakom. Szkoda ryzykować. Przewodnik nas wyprzedza, wpinając się bez pytania w mój stan - niech idzie w cholerę. Za nami jeszcze jedna trójka z przewodnikiem. Tymczasem zbliżamy się powoli do monumentalnych wieżyc z czerwonego granitu, zaraz powinna być kluczowa płytka za 4b. 

msemow cham 7

 

Obserwujemy dwa przepuszczone zespoły przed nami, Uysy odważnie decyduje się poprowadzić płytę. Puszcza bez problemu. W rzeczy samej chwyty są świetne, zęby raków trzymają znakomicie a asekuracja również nie sprawia problemu. Mi osobiście większy problem sprawił wąski kominek za przewinięciem po prawej, parę metrów dalej - ciężko było zmieścić się z plecakiem z drugą żyłą. Stanowisko założone na sporej półce, patrzę dalej: chyba pójdziemy na sztywno. Uysy zostaje na prowadzeniu.

msemow cham 8

Droga trawersuje kilkanaście metrów po północnej stronie ściany, aż do ewidentnego kominka. W miejsce ciepłego granitu wchodzą zimowe, mikstowe warunki.

Fajnym terenem - nie za łatwym, nie za trudnym - docieramy w dwóch wyciągach do ostatniego stanowiska, już na słońcu, na samym ostrzu grani. Stąd tylko kilkanaście metrów do drabinki wyprowadzającej na tarasy urządzeń kolejki Aiguille du Midi. Parę kroków po wąskiej płetwie śnieżnej i jesteśmy w tłumie turystów. Uff, mityczna grań zrobiona, bez przygód, bez problemów. Możemy się pobyczyć na słońcu, porozmawiać z Japończykami...

Słońce pali bezlitośnie, chcąc niechcąc musimy zwijać się z powrotem na lodowiec. W stacji kolejki można przy okazji skorzystać jeszcze z normalnego kibla, umyć zęby. Staczamy się pod namiot i zaczynamy kolejne popołudnie: topienie wody, gotowanie, drzemki... w końcu to urlop :) Popołudniu tradycyjnie załamanie pogody, ciemne chmury kłębią się nad Grandes Jorasses.

Zawczasu przygotowujemy szpej na jutrzejszą atrakcję: mikstową drogę Contamine - Grisolle (II AD, 350 m) na Triangle du Tacul. Mamy świadomość tego, że to co dotychczas urobiliśmy, chociaż w cruxach cyfra była nieco wyższa, powagą znacznie odbiegało od planowanego przedsięwzięcia. Stąd też lekki stres i napięcie przed wyjściem... 

msemow cham 9

Powietrze schodzi z samopompy, budzę się koło 1.30 żeby ją dopompować. Nie muszę patrzyć na zegarek - widzę światełka schodzące spod schroniska Cosmiques. To klienci z przewodnikami idą na Mont Blanc, najwyższą bałuchę w okolicy. Co rano w tą trasę wychodzi kilkadziesiąt osób.

My wstajemy o 2.30. Dziś zbieranie się idzie nam koncertowo - półtorej godziny i jesteśmy związani, a ja mam jeszcze czas na zdjęcia. Pod drogę jest stosunkowo blisko, pamiętam ślady zespołów, odbijające od ścieżki zejściowej z Pointe Lachenal i w tym kierunku idę. Jeszcze przed szczeliną brzeżną szpeimy się do wspinania. Umówiłem się z Uysym na prowadzenie pół na pół i mi wypada odcinek nad pierwszy próg mikstowy: no, to w górę!

Lecimy do góry związani, bez asekuracji, szerokim polem śnieżnym. Robi się już szaro, ale jeszcze przyświecam pod nogi czołówką. Najpierw szczelina brzeżna - bez problemu. Potem nastramia się, ślady znikają i mimo tego że pionu tutaj nie ma, łyda pracuje. Znajduję śladowe ilości lodu pod śniegiem i wkręcam dwie śruby - dla dobrego samopoczucia, bo trzyma ledwie kilka centymetrów gwintu. To bardziej zmrożona warstwa śniegu niż solidny lód wodny. Ale już blisko do skał, tutaj uciekam żeby założyć stan i ściągnąć chłopaków. Po mojemu, to były najtrudniejsze chwile na drodze, ale to głównie kwestia braku asekuracji... No nic, cisnę drugi wyciąg, początkowo przez miksty aby założyć jakieś przeloty, potem już wyłażę na śnieg - tu się idzie jak po schodach, i tak dwa kolejne wyciągi. Powoli wstaje słońce.

Gonię do góry, byle szybciej: dziaba - dziaba, rak - rak. Na dole wyprzedził nas chłopak idący solo, teraz bombarduje mnie mniejszymi i większymi kawałkami lodu i tylko dlatego zakładam jeden przelot na wyciąg. W efekcie, w dosyć przyzwoitym tempie, w trzech wyciągach (zamiast przewodnikowych czterech), po pokonaniu trójkowego progu, osiągam stanowisko przed wejściem w mikstową rynnę.

Rynna jest świetna. Całkiem solidna asekuracja, zmrożony śnieg, lód i piękny granit. Nareszcie coś ciekawszego, niż zapieprzanie przed siebie po śniegu! Ale co dobre, szybko się kończy i po czterdziestu metrach wychodzę na kolejne pole śnieżne, poprzetykane mikstem. Wyciągam linę na maksa i zakładam stanowisko sporo nad wyjściem z rynny. Ściągam chłopaków i oddaję prowadzenie Uysemu - wreszcie jest chwila, żeby odsapnąć, założyć ciemne okulary, zjeść coś i napić się.

Stąd, w dwóch wyciągach, osiągamy kolejną rynnę. Stanowisko mamy po prawej stronie, obok nas wkręca się w lód skryty pod głazem para Anglików. Widać, że Uysy walczy, teren nieco stanął dęba i faktycznie może trochę dać po łydach. Na drugiego to jednak czysta przyjemność. Osiągamy wreszcie skaliste ramię Triangla.

msemow cham 10

Tutaj czas na małą przerwę. Robi się do tego nieco tłoczno, gdyż obok sadowią się również Anglicy i trzeci zespół - Francuz z przewodnikiem. Spokojnie dzielimy szpej, klarujemy linę i ogarniamy się przed dalszą drogą. Teraz kawałek po skale, potem już tylko mozolne dreptanie z kijkiem po śniegu. Wysokość daje się mocno we znaki, Groszek narzeka na ból głowy a i ja lezę noga za nogą. Tylko Uysy trzyma formę.

msemow cham 11

To podejście było ciężkie. Dobitnie pokazało, co to aklimatyzacja do konkretnej wysokości, a my do tej pory nie zaglądaliśmy wyżej niż 3800 m. Po osiągnięciu grani Tacula rzut oka w stronę szczytu: ot, taki pipant skalny, kilka grup drapie się do góry i na dół. Olewamy, posiedzimy sobie na przełęczy za to, z widokiem na Mont Maudit.

Teraz jeszcze zejście na dół, pod paskudnymi serakami. Słońce przygrzewa koszmarnie, ale skoro tyle osób dziennie tędy szczęśliwie przełazi, a w trakcie naszego pobytu tylko raz się urwało, powinno się udać. Nie ma co się rozpisywać - zejście było koszmarne. Do namiotu docieram na ostatnich nogach... głód gdzieś zniknął, potrzebuję tylko położyć się w cieniu i napić czegoś. Ewidentnie słońce dało się we znaki, być może doszedł do tego problem ze zbyt słabymi okularami. Przez kilka godzin leżę bez siły, potem wracam do życia. No, ale droga wkoszona :)

Koledzy z Ostrowa schodzą już dziś do Cham. Jutro trzeba się ewakuować na dół, po dzisiejszej wyrypie parcie na kuluar Chere przeszło. Cóż, wyśpimy się do szóstej, spakujemy na spokojnie i przed największym upałem podejdziemy do kolejki... a potem łazienka, pizza, piwo, kilkanaście godzin w samochodzie, autobus do Krakowa i będzie można odpocząć w pracy :) Byle do następnego wyjazdu!

msemow cham 12

Parę informacji prosto z lodowca:

  • według wieści zasłyszanych od rodaków na Col du Midi, biwakowanie tolerowane jest pod warunkiem "składania" namiotu na dzień; w naszym przypadku ograniczyło się to do wyjęcia stelaża z namiotu i położenia go na płasko - w efekcie w środku było nieco mokro, ale zajmowało to mało czasu.
  • przy panującej w czasie naszego pobytu ciepłej pogodzie, w nocy temperatura nie spadała poniżej -5 stopni; wystarczył mi w zupełności śpiwór z 400 g dobrego puchu.
  • zdecydowanie warto wziąć ze sobą okulary ze szkłami 4 kat. Słabsze nie zapewniają wystarczającej ochrony, co skutkuje przykrymi dolegliwościami.

 

Read more
Błąd
  • Cannot retrive forecast data in module "mod_sp_weather".

Aktualności

Miej realną świadomość bycia tu i teraz (czyli o zarządzaniu ryzykiem w górach)

W ostatni środowy wieczór grudniowy (11.12.13 r.) zebrani w piwnicy KW Kraków mieli okazję wysłuchać wykładu Piotra Sztaby – instruktora taternictwa PZA i instruktora wspinaczki wysokogórskiej – pt. „Czy góry mogą być bezpieczne, czyli o zarządzaniu ryzykiem w środowisku wysokogórskim". czytaj więcej

 

Planowanie treningu wspinaczkowego

Zapraszam na spotkanie z Robertem 'Roko" Rokowskim we wtorek, 01.10, o godz.19 00 w lokalu KW Kraków. 
 

Robert jest m.in instruktorem alpinizmu PZA, ratownikiem TOPR, członkiem KW Kraków, oraz co chyba najważniejsze - ciekawym człowiekiem. 

Jest doświadczonym wspinaczem z wieloma topowymi przejściami skalnymi/górskimi zimowymi, jak i letnimi.
Na co dzień pracuje w AWF Kraków, gdzie ogólnie rzecz biorąc zajmuje się metodyką treningu. 
Stąd też jest osobą, od której możecie się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy związanych z treningiem wspinaczkowym. 
 
Przed sezonem treningowym na panelu, spotkanie z nim wydaje się zatem pozycją obowiązkową :)
Zatem zapraszamy zainteresowanych :)

Wakacje w Miyar, 2012

miyar2012 20Po długich bojach powstało coś na kształt mini relacji/poradnika dotyczącego doliny Miyar. W zeszłym roku byliśmy w tej dolinie i mocno polecamy ją wszystkim chcącym pojechać na wyprawę, ze stosunkowo łatwą logistyką i pięknymi widokami. 

Link do artykułu

Relacji przybywa

W naszej sekcji poświęconej poradom i relacjom górskim przybywa kolejnych artykułów, które są efektem tegorocznych klubowych wojaży :)

Zapraszamy do lektury.

Budowanie stanowisk (doszkalanie)

p7180111

I po spożyciu kolejnej porcji wiedzy.

Tym razem w otoczeniu Doliny Bolechowickiej, i pod czujnym okiem Chińskiego Maharadży swoim gigantycznym doświadczeniem dzielił się z nami Wojtek 'Szymon' Szymendera. 

Spragnieni wiedzy klubowicze w liczbie około 20 stawili się na umówione miejsce i śledzili każdy ruch naszego prelegenta, którego to chyba nikomu przedstawiać dalej nie trzeba :). 

Szymon obnażył przed nami tajniki stanowisk, a nawet podał nam (ch)amerykańskie patenty  na owe, za co serdecznie mu dziękujemy. Dziękujemy również wszystkim przybyłym klubowiczom, a nieprzybyli niechaj żałują :).

 

I pamiętajcie: Jeśli partner buduje stanowisko z setki punktów, znaczy, że coś jest nie tak ;). 

 

Pamiątkowe fotki jak to zwykle bywa, tu :)